Dlaczego hobby bywa uziemieniem?

(i dlaczego, babo, MUSISZ je mieć).

Jestem matką. Polką. Milenialską. Zmęczoną, przebodźcowaną, dowożącą kolejne projekty w pracy i w życiu. Perfekcjonistką – czasem w sposób naprawdę męczący. Kalendarz pęka w szwach, lista „to do” nie ma końca, a między dziećmi, pracą, domem, relacjami i byciem „ogarniętą” coraz trudniej znaleźć przestrzeń na siebie. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim jesteś ty. Albo raczej – brak ciebie. Czujesz to, co próbuję nazwać?

Przez lata wmówiono nam, że hobby to luksus. Coś „jak się ogarnie wszystko inne”. Jak będzie czas. Jak dzieci podrosną. Jak w pracy się uspokoi. Tylko że to „jak” nigdy nie nadchodzi. Zawsze jest coś pilniejszego, ważniejszego, bardziej „odpowiedzialnego”.

A przecież hobby nie jest dodatkiem do życia. Bardzo często bywa uziemieniem. Czymś, co wyciąga cię z głowy do ciała, przerywa spiralę myśli i przywraca poczucie: „istnieję poza rolami”. Nie chodzi o talent ani o produktywność. Nie chodzi o to, żeby coś z tego było. Chodzi o regulację układu nerwowego.

Układ nerwowy nie regeneruje się w biegu. My, kobiety, funkcjonujemy dziś w permanentnym przeciążeniu. Jesteśmy w trybie dowożenia, reagowania, ogarniania i bycia potrzebnymi. Hobby – prawdziwe hobby – to moment, w którym nic nie musisz i nikt nic od ciebie nie chce. To może być ceramika, szydełko, gra na instrumencie, malowanie, bieganie, fotografia, las, pisanie czy zbieranie kamieni. To naprawdę nie ma znaczenia. Znaczenie ma jedno: robisz to dla siebie.

Jeśli obserwujesz mnie na Instagramie, wiesz, z czym się mierzę. Widzisz tempo, ilość ról, ciągłe przełączanie kontekstów. Pracę, macierzyństwo, projekty twórcze, odpowiedzialność emocjonalną – wszystko dziejące się równolegle. I widzisz też coś jeszcze: że nadwydajność nie jest cechą charakteru. Jest stanem przeciążenia, który łatwo pomylić z ambicją czy zaradnością. Ignoruje sygnały ciała, normalizuje stałe napięcie i uczy, że odpoczynek trzeba sobie „zasłużyć”.

Dlatego mój ton w tym artykule jest konsekwencją tego jak się czuję, nie kreacją. To nie jest bunt dla efektu. To głos kogoś, kto zna ten mechanizm od środka i wie, jak bardzo potrafi niszczyć, nawet gdy z zewnątrz wszystko wygląda dobrze. W tym kontekście hobby nie jest ucieczką. Jest formą sprzeciwu wobec życia w trybie ciągłego dowożenia.

Wiem, że powiesz: nie ma kiedy. Masz dzieci, pracę, dom i obowiązki. Dlatego mówię wprost – znajdź sobie, babo, jakieś hobby. I zmuś się, żeby ten czas dla siebie wyszarpać z grafiku rodzinnego. Tak, wyszarpać. Nawet jeśli kuchnia będzie brudna, a skarpetki nieidealnie poskładane. Świat się nie zawali. Perfekcja nie jest warunkiem twojego istnienia.

I nie – to nie jest historia o wyjściu z kołowrotka. Nie piszę z pozycji kogoś, kto „już to przepracował”. Nadal jestem w procesie. Nadal wracam do siebie i nadal potrafię z tego powrotu wypaść. Odnajduję bazę na chwilę, by potem znów wpaść w nadwydajność i na nowo szukać uziemienia. To nie porażka. To realny rytm życia w świecie, który nagradza przeciążenie.

Dlatego hobby nie jest rozwiązaniem raz na zawsze. Jest punktem powrotu. Bazą. Czymś, do czego można się cofnąć, gdy znów odpłyniesz za daleko.

To nie egoizm. To higiena psychiczna. Wypalona matka nie jest lepszą matką. Zmęczona, rozdrażniona, odcięta od siebie kobieta nie ma z czego dawać. Dzieci nie potrzebują idealnie ogarniętego domu. Potrzebują żywej matki – takiej, która ma swoje źródła energii, zna smak przyjemności i umie wracać do siebie.

Czas dla siebie nie jest nagrodą za ogarnięcie wszystkiego. Jest warunkiem, żeby w ogóle dało się żyć.

Z miłością,

HoliMama – Joanna Chróściel

Dodaj komentarz