Autor: Joanna
2026-06-14
Skąd tyle milenialsów w lesie? O tym, dlaczego po trzydziestce ciągnie nas do natury
Po trzydziestce moje podróże zaczęły wyglądać inaczej.
Nadal lubiłam miasta. Nadal fascynowała mnie ich historia, architektura, kawiarnie, muzea i tętniące życiem uliczki. Ale coraz częściej zauważałam, że po dwóch czy trzech dniach zwiedzania mam ochotę wyjechać gdzieś dalej. Tam, gdzie jest ciszej. Gdzie zamiast tramwajów słychać ptaki, a zamiast betonowych chodników pod stopami skrzypi leśna ścieżka.
To nie była świadoma decyzja. Nie interesował mnie wtedy slow life, nie czytałam jeszcze Thoreau ani Richarda Louva. Nie planowałam ucieczki od miasta. Po prostu intuicyjnie zaczęłam wybierać miejsca bliżej natury.
Podobnie wyglądały weekendy. Coraz rzadziej kończyły się późnym powrotem z imprezy i leczeniem kaca następnego dnia. Znacznie częściej pakowaliśmy samochód i uciekaliśmy do rodziców pod miasto, nad jezioro albo do lasu.
Prawdziwy przełom przyszedł jednak kilka lat później.
Podczas pandemii, po narodzinach Stasia, wyjechałam z dziećmi na cały sezon wiosenno-letni na mazowiecką wieś położoną nad Wisłą. Otoczoną lasami, mokradłami i jeziorami. Pracowałam zdalnie, wychowywałam małe dzieci i wykonywałam dokładnie te same obowiązki, które czekały na mnie później w Warszawie. A jednak każdą wolną chwilę spędzałam na zewnątrz. Nad rzeką. W lesie. Na polnych drogach.
Wtedy jeszcze nie rozumiałam, dlaczego tak bardzo mnie tam ciągnie.
Po powrocie do miasta poczułam jednak coś, czego nie potrafiłam nazwać. Mieszkałam na jednym z najbardziej zielonych osiedli Warszawy. Codziennie wychodziłam z dziećmi na spacery. Wokół były parki, drzewa i place zabaw. A mimo to czułam, jak stopniowo gaśnie we mnie energia. Coraz trudniej było mi się zachwycać. Coraz trudniej tworzyć. Coraz trudniej po prostu cieszyć się życiem.
W domu widziałam głównie obowiązki. Kolejne rzeczy do zrobienia. Kolejne zadania do odhaczenia. Jakby ktoś wyciągnął mnie z miejsca, w którym oddychałam pełną piersią, i zamknął z powrotem w świecie ścian, terminów i pośpiechu.
Los bywa jednak czasem niezwykle hojny.
Moja kuzynka zaproponowała nam swój dom na wybrzeżu. Nie zastanawiałam się długo. Namówiłam teściową na wspólny wyjazd i jesienią wyjechałyśmy do Juraty.
Miał to być zwykły wyjazd.
Okazał się czymś znacznie więcej.
Każdego ranka budził mnie szum morza i zapach sosnowego lasu. Wschody słońca oglądałam z maty do jogi rozłożonej na plaży. W przerwach od pracy szłam na wydmy i siedziałam w ciszy, patrząc na spokojną taflę zatoki. Wieczorami medytowałam na balkonie, obserwując jak słońce powoli chowa się za linią horyzontu.
Po południu razem z dziećmi przemierzaliśmy helskie lasy. Do dziś uważam je za jedne z najbardziej magicznych miejsc w Polsce. Pachną żywicą, morzem i wolnością.
I właśnie tam wydarzyło się coś, czego do dziś nie potrafię racjonalnie wyjaśnić.
Co kilka dni spotykałam białego jelenia.
Ogromnego. Z potężnym porożem.
Pojawiał się nagle pomiędzy sosnami. Czasem w oddali, czasem zaskakująco blisko. Zatrzymywałam się i patrzyłam. On również patrzył. Po chwili odchodził spokojnie między drzewa, jakby należał bardziej do świata baśni niż rzeczywistości.
Nie wiem, czy był znakiem.
Nie wiem, czy był tylko niezwykłym zbiegiem okoliczności.
Wiem natomiast, że po latach pamiętam tamte spotkania wyraźniej niż większość atrakcji turystycznych, które odwiedziłam w życiu.
Dziś myślę, że po raz pierwszy od bardzo dawna byłam wtedy naprawdę obecna.
Wystarczająco spokojna, by zauważyć zachód słońca.
Wystarczająco uważna, by usłyszeć wiatr w koronach drzew.
Wystarczająco wolna, by spotkanie z jeleniem stało się wydarzeniem, a nie tylko kolejnym punktem dnia.
Wróciłyśmy do Warszawy na zimę, a potem znów wyjechałyśmy na wiosnę. Z czasem zaczęłam zauważać coś jeszcze. Za każdym razem, gdy spędzałam dłużej czas blisko natury, czułam się inaczej. A po powrocie do miasta zupełnie, jakby ktoś stopniowo przykręcał pokrętło odpowiedzialne za radość życia.
Tak samo musiałam ugotować obiad, zrobić pranie, posprzątać dom i odpowiedzieć na służbowe wiadomości.
Zmieniało się tylko jedno.
Otoczenie.
Trzy lata temu spełniliśmy z mężem kolejne marzenie i kupiliśmy przyczepę kempingową. Dzięki pracy zdalnej mogliśmy zacząć wyjeżdżać na całe miesiące.
Niektórzy pytają mnie czasem:
„Po co się tak męczyć?”
„Po co mieszkać z dziećmi w przyczepie?”
„Nie jest wam niewygodnie?”
A ja mam dokładnie odwrotne odczucia.
Kiedy budzę się rano w lesie albo nad jeziorem, piję kawę na zewnątrz i słyszę śpiew ptaków zamiast ruchliwej ulicy, czuję się bardziej sobą niż gdziekolwiek indziej.
Paradoksalnie to właśnie na kilkunastu metrach kwadratowych odnajduję największe poczucie przestrzeni.
Nie dlatego, że mam więcej miejsca.
Wręcz przeciwnie.
Mniej rzeczy do sprzątania.
Mniej rzeczy do organizowania.
Mniej rzeczy do posiadania.
Więcej życia.
Zauważyłam jednak, że po każdym powrocie do miasta dzieje się ze mną coś podobnego.
Mam mniej energii.
Gorzej się koncentruję.
Jestem mniej kreatywna.
Rzadziej odczuwam spontaniczną radość.
Przez lata zastanawiałam się, dlaczego.
Dlaczego w naturze chce mi się żyć pełnią życia, a w mieście stopniowo przygasam?
Okazuje się, że nie jestem jedyna.
To samo pytanie od lat zadawali sobie badacze, psychologowie, filozofowie, poeci i pisarze. A odpowiedzi, które znaleźli, okazały się znacznie ciekawsze, niż mogłam przypuszczać.
Czy to możliwe, że człowiek został stworzony do życia bliżej natury?
Homo sapiens istnieje na Ziemi od około 250 tysięcy lat. Przez niemal cały ten czas żyliśmy blisko natury. Naszym domem były lasy, sawanny, góry, rzeki i jeziora. Miasta, jakie znamy dzisiaj, są natomiast niezwykle młodym wynalazkiem. Jeszcze młodsze są współczesne metropolie pełne ekranów, reklam, hałasu, sztucznego światła i nieustannego napływu informacji. Z punktu widzenia ewolucji pojawiły się dosłownie chwilę temu.
Nasze mózgi przez setki tysięcy lat uczyły się funkcjonować wśród śpiewu ptaków, szumu drzew i naturalnych rytmów dnia oraz nocy.
Nie wśród sygnałów powiadomień, ruchu ulicznego i ekranów świecących do późnej nocy.
Richard Louv, autor książki „Ostatnie dziecko lasu”, zwraca uwagę, że współczesny człowiek coraz bardziej oddala się od środowiska, w którym ewoluował.
Opisuje zjawisko nazywane „deficytem natury” — stan, w którym kontakt z przyrodą staje się tak rzadki, że zaczyna wpływać na nasze zdrowie psychiczne, fizyczne i emocjonalne.
Co ciekawe, nie chodzi wyłącznie o dzieci. Coraz więcej badań pokazuje, że również dorośli odczuwają skutki życia w środowisku ubogim w naturę.
Wzrost poziomu stresu.
Problemy z koncentracją.
Gorszy sen.
Przebodźcowanie.
Poczucie zmęczenia, mimo że teoretycznie niczego nam nie brakuje.
Być może właśnie dlatego po kilku dniach spędzonych nad morzem, w lesie lub nad jeziorem tak wielu z nas mówi:
„Wreszcie mogę oddychać.”
W rankingach szczęścia od lat dominują kraje nordyckie, takie jak Finlandia, Dania czy Islandia. Oczywiście na dobrostan mieszkańców wpływa wiele czynników społecznych i ekonomicznych, jednak badacze zwracają uwagę również na coś jeszcze — niezwykle silną obecność natury w codziennym życiu mieszkańców tych krajów.
Spacer po lesie, przebywanie nad wodą czy regularny kontakt z przyrodą nie są tam traktowane jako wyjątkowa atrakcja. Są częścią normalnego życia.
Być może właśnie dlatego coraz więcej naukowców zadaje dziś pytanie nie o to, czy natura wpływa na człowieka, ale jak bardzo.
A odpowiedź okazuje się zaskakująca.
Kontakt z przyrodą wpływa nie tylko na nastrój.
Oddziałuje również na poziom stresu, jakość snu, koncentrację, odporność organizmu, ciśnienie krwi, a nawet zdolność do regeneracji psychicznej po długotrwałym przeciążeniu.
Co ciekawe, badacze potrafią już wskazać całkiem konkretne efekty.
Już około 20–30 minut spędzonych w lesie może obniżać poziom kortyzolu, czyli hormonu stresu. Japończycy od lat badają zjawisko shinrin-yoku, czyli „kąpieli leśnych”, obserwując poprawę samopoczucia, spadek napięcia i lepszą regenerację układu nerwowego.
Przebywanie nad morzem działa nieco inaczej. Widok otwartej przestrzeni i rytmiczny szum fal pomagają wyciszyć nadmiernie pobudzony umysł. Niektóre badania pokazują, że już kilka minut spokojnego obserwowania wody może obniżać poziom stresu i poprawiać koncentrację.
Z kolei zanurzenie stóp w zimnej wodzie jeziora czy morza pobudza układ nerwowy i krążenie. Krótkotrwały kontakt z chłodem może zwiększać czujność, poprawiać nastrój i dawać charakterystyczne uczucie odświeżenia.
Coraz większe zainteresowanie budzi również chodzenie boso po naturalnym podłożu. Choć część teorii dotyczących tzw. uziemiania wymaga jeszcze dalszych badań, wiele osób zauważa poprawę samopoczucia, większe poczucie obecności i redukcję napięcia po spacerach bez butów po trawie, piasku czy leśnej ściółce.
Nawet śpiew ptaków ma znaczenie. Badania wskazują, że naturalne dźwięki mogą obniżać poziom stresu, poprawiać nastrój i wspierać regenerację uwagi zmęczonej ciągłym przebodźcowaniem.
Innymi słowy — natura nie jest jedynie pięknym tłem dla naszego życia.
Może być jednym z jego najważniejszych regulatorów.
Na koniec jeszcze jedna ciekawostka. Badania pokazuje, że dzieci i młodzi ludzie często preferują środowiska bardziej dynamiczne i bogate w bodźce. Miasta wydają się ciekawsze, bardziej ekscytujące i oferują więcej możliwości eksploracji. Pod tym względem nie różniłam się nigdy od większości mojego pokolenia.
Dopiero z wiekiem zaczęłam coraz bardziej doceniać to, co wcześniej wydawało mi się zwyczajne: las, wodę, ciszę, przestrzeń i możliwość pobycia poza ciągłym strumieniem bodźców.
Nie oznacza to, że miasta są złe. Nie oznacza też, że każdy powinien przeprowadzić się na wieś. Myślę jednak, że warto zadać sobie proste pytanie:
ile czasu w ciągu tygodnia spędzam w prawdziwej naturze?
Bo być może problemem nie jest to, że jesteśmy zmęczeni.
Być może problemem jest to, że coraz rzadziej przebywamy w środowisku, do którego nasz organizm został przystosowany przez setki tysięcy lat.
Z życzliwością,
Joanna
Źródła:
- Richard Louv – Ostatnie dziecko lasu
- Edward O. Wilson – teoria biofilii
- badania nad shinrin-yoku (Qing Li)
- World Happiness Report (kraje nordyckie i dobrostan)
- badanie King’s College London z 2022 r. dotyczące wpływu śpiewu ptaków na dobrostan psychiczny