Samotność, która leczy rodzinę, czyli dlaczego girls’ trip działa lepiej niż ashwagandha

Przez prawie dziesięć lat uznawałam, że najbardziej wartościowy czas to ten spędzany z dziećmi i mężem.

Rodzina była centrum. Dom był centrum. Dzieci były centrum. Ich potrzeby, emocje, rytm dnia, jedzenie, sen, choroby, szkoła, przedszkole, zajęcia, konflikty, przytulanie, czytanie, kąpiele, rozmowy przed snem. Wszystko ważne. Wszystko potrzebne. Wszystko z miłości.

Tylko że gdzieś po drodze ja sama przestałam być dla siebie ważnym miejscem.

Ostatnio spędziłam kilka dni w Hiszpanii z moją siostrą. Taki prawdziwy girl’s trip. Bez dzieci. Bez ciągłego „mamo chodź”, „mamo jeść”, „mamo siku”, „mamo nudzę się”. Bez przerywania zdania w połowie. Bez życia w trybie nieustannej dostępności.

I nagle okazało się, że możemy rozmawiać. Naprawdę rozmawiać. Długo, głęboko, bez pośpiechu. O duchowości, filozofiach życia, wyborach, ciele, kobiecości, zmęczeniu, sensie, Bogu, codzienności. O wszystkim tym, co zwykle nie mieści się między robieniem kolacji a wycieraniem blatu.

Ćwiczyłyśmy jogę na tarasie z widokiem na wschód słońca nad Costa Blanca. Medytowałyśmy. Jadłyśmy późne, leniwe śniadania. Wędrowałyśmy. Zwiedzałyśmy. Zachwycałyśmy się lokalną kuchnią, światłem, morzem, spokojem i tym dziwnym uczuciem, że nikt nas w tej chwili nie potrzebuje.

I wtedy przyszła do mnie bardzo prosta, ale bolesna myśl:

Dlaczego ja tak długo sobie tego odmawiałam?

Dlaczego pozwoliłam sobie na takie ubóstwo?

Nie finansowe. Nie organizacyjne. Tylko wewnętrzne.

Ubóstwo czasu dla siebie. Ubóstwo ciszy. Ubóstwo rozmów, które nie są przerywane. Ubóstwo kontaktu z kobietami, z własnym ciałem, z własną głową, z własną duszą.

Dopiero z perspektywy zobaczyłam, jak głupio robiłam. Jak bardzo pomyliłam miłość z całkowitym oddaniem siebie. Jak długo wierzyłam, że dobra matka to taka, która jest zawsze dostępna. Zawsze obecna. Zawsze gotowa. Zawsze z rodziną.

A przecież kobieta, która nigdy nie wychodzi z roli matki, nie staje się bardziej kochająca. Ona często staje się bardziej zmęczona. Bardziej spięta. Bardziej nerwowa. Bardziej samotna w środku.

Nie dlatego, że nie kocha swoich dzieci.

Właśnie dlatego, że kocha je tak bardzo, że zapomina o sobie.

Dziś widzę, że czas samej ze sobą nie jest fanaberią. Nie jest egoizmem. Nie jest luksusem dla kobiet, które „mają mniej obowiązków”. To jest podstawowa higiena emocjonalna dorosłej kobiety.

Matka potrzebuje czasem usłyszeć własne myśli do końca.

Potrzebuje zjeść śniadanie bez wstawania pięć razy od stołu.

Potrzebuje rozmowy, w której nikt nie ciągnie jej za rękaw.

Potrzebuje ciszy, która nie oznacza, że zaraz coś się wydarzy.

Potrzebuje pobyć kobietą, siostrą, przyjaciółką, sobą — nie tylko centrum logistycznym całej rodziny.

Najbardziej poruszające jest to, że ja zaczęłam naprawdę walczyć o ten czas dopiero wtedy, kiedy dobiłam do wypalenia. Dopiero kiedy ciało, głowa i emocje powiedziały: dość. Dopiero kiedy znalazłam się w swoim ekstremum, zaczęłam bronić siebie jak tygrysica.

A przecież nie trzeba czekać, aż życie nas zatrzyma siłą.

Nie trzeba zasłużyć na odpoczynek totalnym wyczerpaniem.

Nie trzeba najpierw się rozpaść, żeby mieć prawo pobyć samej ze sobą.

Dziś myślę, że regularny czas dla siebie powinien być wpisany w życie matki tak samo naturalnie jak zakupy, praca, wizyty u lekarza czy zajęcia dzieci. Nie raz na dziesięć lat. Nie dopiero wtedy, kiedy już nie dajemy rady. Nie jako nagroda za bycie dzielną.

Tylko jako warunek tego, żeby nie zniknąć we własnym życiu.

Bo kiedy kobieta wraca do siebie, wraca też do domu inaczej.

Spokojniejsza. Pełniejsza. Bardziej obecna. Mniej rozżalona. Mniej napięta. Z większą czułością. Z większą przestrzenią w środku.

I może właśnie o to chodzi.

Nie o ucieczkę od rodziny.

Tylko o powrót do siebie, żeby móc wracać do nich naprawdę.

Dziś wiem jeszcze jedno.

Energia kobiety staje się energią całej rodziny.

Dzieci codziennie zanurzają się w naszym nastroju, naszym spokoju, naszym napięciu, naszej radości i naszym zmęczeniu. Mąż również żyje obok tej energii. Nie jesteśmy w stanie dawać innym tego, czego same nie mamy.

Jeśli chcemy, aby nasz dom był pełen spokoju, miłości, bliskości i bezpieczeństwa, same musimy troszczyć się o własne światło.

Kobieta nie została stworzona po to, by nieustannie się poświęcać i gasnąć. Ma błyszczeć. Być pełna życia, równowagi, harmonii i miłości do samej siebie.

Bo szczęśliwa matka nie jest luksusem dla rodziny.

Jest jej fundamentem.

I nikt nie zrobi tego za nas.

To my same musimy zawalczyć o czas na oddech, ciszę, odpoczynek, rozwój i wszystko to, co pozwala nam wracać do siebie.

Nie z egoizmu.

Z miłości.

Do siebie i do tych, których kochamy najbardziej.

Z miłością,

Joanna.

Dodaj komentarz