Wilgotne brownie z buraka. Bez mąki i sody.

IMG_8997

Kochacie czekoladę? Lubicie buraczki? To od zawsze jedne z moich ulubionych warzyw i do tego świetnie nadają się na ciasto 🙂 Przyznaję, że nie przepadam za „obrabianiem” buraków – są „skomplikowane” – długo się gotują, przy obieraniu trzeba uważać żeby nie zrobić sobie kleksów na kreacji itp… Ale ich słodycz i wartości odżywcze (regenerują jelita cudownie i odkwaszają!) rekompensują po wielokroć włożony trud! 😀

Po prawie dwóch latach detoksu na zdrowej diecie jestem już na etapie, że zupełnie nie ciągnie mnie do standardowych, suto słodzonych ciast (kolonia drożdżaków została zdziesiątkowana i została tylko garstka zaprzyjaźnionych ;)) Czasem nachodzi mnie jednak ochota na brownie. Ciemna czekolada wciąż jest moją słabością, choć wiem, że w dużych ilościach mi nie służy. Tak już jest, że często euforię budzi u nas pokarm, który albo nam szkodzi albo jest dla nas zbawienny. Cała sztuka rozpoznać, który jest który… 🙂

Ten przepis zaimprowizowałam nie mając nawet mleka roślinnego, a jedynie wiórki kokosowe pozostałe po robieniu ekspresowego mleka kokosowego do śniadania poprzedniego dnia… Da się.

Dziś przedstawiam Wam wilgotne brownie bazujące na buraczkach, jaglance, odpadzie z mleka kokosowego z karobem i dodatkiem odrobiny prawdziwej czekolady. Skład ciasta jest przerażająco zdrowy, ale wyszło naprawdę pyszne. Słodycz jest z buraczków, karobu, kaszy, wiórków i rodzynek.  Jeśli wydaje Wam się jeszcze za mało słodkie, można dołożyć kilka namoczonych daktyli. Wtedy to już będzie ciasto obłędne.

Skład, na jakies 5-6 duuuużych porcji: 

  • 400 g buraków (miałam 6 małych, szybciej się gotują)
  • kubek ugotowanej kaszy jaglanej (–>jak ugotować kaszę jaglaną?)
  • 3/4 szklanki wiórków kokosowych pozostałych po robieniu mleka (miałam w lodówce, bo dzień wcześniej robiłam mleko do śniadania: szklankę suchych wiórków zalałam wrzątkiem, zostawiłam na parę minut, zblendowałam i odcedziłam na drobnym sicie)
  • 40 g rodzynek
  • opcjonalnie: kilka daktyli
  • 30 g pestek słonecznika (akurat miałam mieszankę słonecznika, dyni i orzeszków pinii z Rossmanna, ale tam jest głównie słonecznik)
  • 30 g gorzkiej czekolady, czyli gdzieś 5 małych kostek (optymalnie bez cukru, tylko z xylitolem, ja miałam Lindta 85% cocoa z odrobiną cukru demerara z wanilią Bourbon, tam są duże, płaskie kostki, dałam gdzieś 3, szaleństwo ;))
  • 5-6 łyżeczek karobu
  • 2 jaja (albo 2 łyżki zmielonego siemienia lnianego, sprawdziłam też się trzyma, ale naturalnie ciasto nieco bardziej suche wychodzi, więc trzeba nieco więcej wody albo odrobinę jogurtu dodać)
  • 1-2 łyżki oleju kokosowego
  • przyprawy, po szczypcie: kurkuma, cynamon, kardamon; jeśli macie świeży rozmaryn byłby świetny też na posypkę razem z orzechami
  • na posypkę: 2 garście orzechów włoskich

 

Wykonianie:

  1. Ugotowałam nieduże buraki na tyle, ze widelec wchodził bez wysiłku (w szybkowarze ok. 40 minut, normalnie pewnie dwa razy dłużej). Alternatywnie można też obrać surowe buraki i zetrzeć na bardzo drobnej tarce, jeśli ktoś woli taką obróbkę buraków.
  2. Rodzynki przelałam wrzątkiem, odlałam wodę i zalałam świeżą. Odstawiłam na 20 min żeby wciągnęły trochę płynu.
  3. Gdy buraki ostygły, obrałam je ze skórki, pokroiłam na ćwiartki i zblendowałam robotem.
  4. Dodałam kaszę, rozpuszczony olej, jajakarob oraz przyprawy i ponownie zblendowałam na gładko. Dodałam na tym etapie wodę z moczenia rodzynek żeby ułatwić robotowi pracę.
  5. Rozkruszyłam czekoladę na malutkie kosteczki i wmieszałam łyżką razem z rodzynkami.
  6. Przełożyłam masę do formy wysmarowanej olejem kokosowym i wstawiłam do piekarnika nagrzanego do 180 st C na 40 min.
  7. Jakieś 5 minut przed końcem pieczenia dodałam na posypkę posiekane orzechy włoskie.
  8. Zostawiłam ciasto w piekarniku do wystygnięcia (wyszłam w międzyczasie na spacer i wróciłam po 2h :)).

Wybornego dnia ❤

Kebab jagnięcy z warzywami

IMG_8899

Kebab kojarzy mi się z nocnymi powrotami do domu z czasów, gdy zdarzało mi się jadać mięso w nocy. Rozpustne to były czasy 😉 Kiedy indziej bywał przerwą na lunch. Czy nie każdy mięsożerca ma swój ulubiony kebab?

Jagnięcina to specyficzne mięso: albo się je kocha albo nienawidzi; jest do tego baaaardzo rozgrzewająca i dlatego trzeba uważać z przyprawianiem. Już sam jej zapach sprawia, że robi się przyjemnie ciepło. Smażenie i grillowanie dodatkowo podkręca żar tego mięsa dlatego proponuję Wam jagnięcinę udusić na maleńkim ogniu, razem z warzywami, podobną techniką jak przyrządzam klasyczną duszonkę. Trochę oszukany to kebab, ale również wyborny, pod warunkiem, że zaopatrzycie się w świeże mięso (w Warszawie polecam z Agrart, sobota Biobazar).

Dla zrównoważenia gorąca jagnięciny, proponuję podać na zagryzkę ogórka kiszonego, który jest wybitnie chłodzący. W krajach arabskich dla równowagi podaje się jagnięcinę z kaszą bulgur (to także chłodząca pszenica) i na dodatek z jogurtem naturalnym i surówką. W takiej okrasie nawet w 40-stopniowym upale można pozwolić sobie na taką potrawę! 🙂

Do dzieła!

Skład na 4 porcje:

  • 60 dag jagnięciny, najlepiej z owieczek hasających po trawie
  • 3 marchewki, 3 pietruszki albo pasternaki
  • duża cebula
  • przyprawy, po szczypcie solidnej: kurkuma, kminek, kolendra, ew. kumin, tymianek, rozmaryn
  • 2 łyżki dobrego sosu sojowego, użyłam Tamari (sos sojowy będzie lepszy niż sama sól, mięso pozostanie soczyste)
  • 1-2 łyżki oliwy EV
  • natka pietruszki, koperek, 2-3 ząbki czosnku
  • cytryna
  • jogurt naturalny, użyłam akurat koziego
  • do podania: ugotowany ryż pełnoziarnisty lub ulubiona kasza + (koniecznie!:) ogórek kiszony, ewentualnie ulubiona surówka

 

Wykonanie:

  1. Kroję mięso na kawałki ok 1,5 cm, dodaję przyprawy, oliwę, sos sojowy i nieco soku z cytryny. Odstawiam na co najmniej godzinę, a jeszcze lepiej na noc.
  2. Obieram i kroję na kawałki marchew, pietruszkę i cebulę (kroję w piórka).
  3. Wkładam mięso do garnka, zalewam wrzątkiem (niedużo, ok 1 szklanka) i przykrywam warzywami. Gotuję na malutkim ogniu ok 40 minut. Warzywa i mięso powinny być miękkie.
  4. W międzyczasie przygotowuję surówkę i sos jogurtowy (pomieszałam jogurt naturalny z posiekanym koperkiem, wyciśniętym ząbkiem czosnku, odrobiną soli i sokiem z cytryny na przełamanie)
  5. Serwuję danie z kaszą lub ryżem, kiszonym ogórkiem, posiekaną natką pietruszki. Żeby dopełnić kebabowy klimat, proponuję polać całość jogurtowym sosem koperkowym 😉

Smacznego!

IMG_8898

Owsianka z pasternakiem, gruszką i fenkułem

IMG_8859 (1)

Początek wiosny to najbiedniejszy okres jeśli chodzi o świeże warzywa i owoce… Podobno w ziemi siedzą głównie pasternaki i pory. Reszta w większości nie wytrzymuje przymrozków. Pasternak to taka słodka pietruszka z anyżową nutką. Bardzo lubimy to warzywo i konsumujemy obecnie w obfitości. Świetnie komponuje się z fenkułem, który jest delikatnie ostry i też ma anyżową nutkę. Do tego gruszka dla dopełnienia słodyczy i zupełnego rozpieszczenia śledziony.

Michał powiedział, że dobre nawet, co w ustach zjadacza kanapek z serem i szynką jest nie lada komplementem. 😉

Skład na 2,5-3 osoby:

  • łyżka masła klarowanego (Ghee), najlepiej od krówek jedzących trawę
  • 2 szklanki płatków owsianych (lubię najbardziej te grube, zgniecione ziarna, co gotują się ok. 10 minut)
  • 2 małe pasternaki lub jeden większy
  • 2 małe małe gruszki (wagowo mniej więcej tyle, co pasternaku)
  • pół fenkułu (korzeń kopru włoskiego
  • przyprawy: kurkuma, tymianek, rozmaryn, dobra sól
  • opcjonalnie: pół szklanki mleka kokosowego
  • orzechy włoskie (u nas moczone około pół godziny w wodzie z cytryną)
  • opcjonalnie, jeśli uznacie, że za mało tłuste wyszło: odrobina dobrego oleju lnianego albo innego na talerz (jeśli dajecie mleko kokosowe to już na pewno nie powinno być potrzeby;)

 

Wykonanie:

  1. Gotuję około litr wody w czajniku i siekam dość drobno fenkuła i, nieco grubiej, pasternak.
  2. Stawiam garnek na minimalnym gazie, wlewam odrobinę (1-2 łyżki gdzieś) gorącej wody, wkładam masło i wrzucam przyprawy.
  3. Dokładam fenkuła i pozwalam mu się chwilkę podprażyć (1-2 minuty).
  4. Dokładam pasternak i płatki owsiane i znowu podprażam minutkę mieszając energicznie.
  5. Zalewam wszystko 4 szklankami wrzątku (ewentualnie nieco mniej, gdy dodaję mleko kokosowe) i zostawiam na malutkim gazie około 15 minut.
  6. W międzyczasie kroję gruszkę w grubą kostkę (niewiadomego pochodzenia obraną ze skórki; eko razem ze skórką), dodaję, gdy warzywa są już prawie miękkie i gotuję jeszcze 5 minut.
  7. Serwuję z posiekanymi orzechami włoskimi, ewentualnie z dodatkową okrasą z oleju lnianego.

IMG_8856 (1)

Kolorowe szaszłyki

img_8725.jpg

Wiosna nieśmiało zagląda przez okna, pączkuje gdzieniegdzie ledwo widocznymi listeczkami. Chciałoby się żeby na talerzach także było lekko i słonecznie. Inaczej. Do lata to już w ogóle jeszcze daleko, ale co tam…  😉

Szaszłyki to grillowy klasyk. Wyglądają fajnie i jeszcze lepiej smakują. Podstawa to masa warzyw, pieczarki i wyborna marynata. Dla chętnych, można dodać trochę mięsa 😉

Nawet wtedy, gdy do sezonu na garden party jeszcze daleko, możemy sobie zafundować barbecue z piekarnika 🙂

Skladnki (ok 4 porcje):

  • 1 cukinia
  • 1 cebula (u mnie czerwona)
  • 1 papryka
  • kilkanaście niedużych pieczarek
  • 500 g piersi z kurczaka

–> Marynata:

  • drobniutko posiekany/ wyciśnięty ząbek czosnku,
  • świeży imbir (ok 2 cm startego),
  • zioła prowansalskie,
  • miód (1 płaska łyżeczka lub do smaku)
  • sól lub sos sojowy
  • 1 łyżeczka soku z cytryny 
  • 2 łyżki oleju ryżowego lub innego dobrego do pieczenia (ostatecznie oliwa z oliwek, ale lepiej coś z wyższą temp. dymienia)

Do podania: jakieś ziarenka i dodatkowa porcja warzyw (może być dowolna surówka), u nas akurat pieczona brukselka, klasyk  (z przepisu tu: jak upiec brukselkę?🙂

Przygotowanie:

  1. Mieszam w szklance wszystkie składniki marynaty i odstawiam do przegryzienia.
  2. Kurczaka kroję w kostkę ok 1,5-2 cm. Warzywa i pieczarki także siekam w wygodne talarki.
  3. Zamaczam patyczki do szaszłyków w zimnej wodzie i nadziewam po kolei wszystkie składniki.
  4. Układam w naczyniu do pieczenia lub na blasze wyłożonej papierem i polewam całość marynatą. Jeśli mam czas, zostawiam szaszłyki ok. pół godziny do przegryzienia.
  5. Wstawiam do piekarnika nagrzanego do 180 st. C na 30 minut.

IMG_8721

Jak kupować żeby nie zbankrutować. Gdzie to eko?

Ekologia jest i będzie droższa. Nie dlatego, że jest mniej wydajna (jest bardziej wydajna!). Nie dlatego, że są duże straty w plonach. Dzieje się tak głównie dlatego, że oferuje produkty znacznie wyższej jakości i stanowi przy tym niewielki procent rynku. Dociera do bardziej wymagających klientów, którzy są w stanie więcej zapłacić. A przecież wszystko kosztuje tyle, ile jesteśmy w stanie zapłacić.

Jednakże, niekiedy możemy znaleźć produkty bez certyfikatu zupełnie niezłej jakości: od lokalnego producenta, który przyjeżdża ze swoimi plonami na targ. Osobiście, większość produktów kupuję z certyfikatem (niżej lista miejsc), ale zdarza mi się zaglądać na zwyczajny, lokalny ryneczek, gdzie w każdą sobotę przyjeżdża rolnik z warzywami, które nie pochodzą z giełdy, ale z jego własnego gospodarstwa. Wyglądają i smakują zupełnie inaczej niż warzywa przemysłowo hodowane. Kupowałabym u niego częściej, ale ma jak dla mnie dosyć wąski asortyment (klasyczna włoszczyzna i ziemniaki, reszta jest uzupełnieniem oferty i pochodzi z giełdy).

IMG_8778

Gdzie w kupuję zdrową żywność?

  1. Forteca Kręglickich. Warszawa, Zakroczymska 12. W malowniczym forcie otoczonym fosą mieści się targ, gdzie sprawnie można zrobić prawie całe zakupy: szeroki wybór warzyw, także importowanych we względnie przystępnych cenach, drób, ryby, grzyby, pieczywo oraz sporo przetworów. Niestety targ czynny tylko w środę, w dodatku w godzinach 9-16, czyli wtedy, gdy większość uczciwych ludzi siedzi w biurach i pracuje. Jeśli ktoś ma możliwość, polecam, bo ceny niektórych produktów są baaaardzo konkurencyjne i zbliżają się do tradycyjnych zieleniaków. Nie wszystkie produkty są bio – jeśli zależy Ci na certyfikacie, trzeba pytać.
  2. Biobazar Fabryka Norblina. Warszawa, ul. Żelazna 51/53. Czynne w środy 10-18, piątki 16-20 i soboty 8-16.  Miejsce nieco bardziej hipsterskie, co odzwierciedlają również ceny. Jeżdżę tam jednak co sobotę głównie dla jednego produktu: mięsa (na zamówienie) – mówię o firmie AgrArt (niewielkie stoisko pod ścianą, w ostatniej hali, obok Wasąga), które oferuje jagnięcinę, cielęcinę i wołowinę we względnie przystępnej cenie. Nie mają certyfikatu EKO, bo ze względu na koszty korzystają z tradycyjnej ubojni. Podczas życia zwierzęta funkcjonują jednak u nich w trybie EKO (np. przeżuwają trawę, której konwencjonalne bydło nie ma szansy skosztować). Polecam także Pana ze świeżymi, przepysznymi daktylami (druga hala po prawej stronie) oraz stanowisko ze świeżymi rybami (pierwsza hala po lewej, w rogu). 🙂
  3. Organic Farma Zdrowia. Duża, ogólnopolska sieć delikatesów ze „zdrową żywnością”. Można tutaj zrobić kompletne zakupy od warzyw, także importowanych, przez owoce, wszelkie ziarenka i mięso. Niestety ceny większości produktów są dość absurdalne i poza zasięgiem nawet dość dobrze sytuowanego Kowalskiego. Proponuję też sprawdzać daty ważności, szczególnie mięsa. Można jednak zajrzeć od czasu do czasu – bywają bardzo atrakcyjne promocje.
  4. Lidl. Ostatnio w ofercie giganta pojawił się duży wybór ekologicznych, certyfikowanych produktów w dość przystępnych cenach: m.in. cytryny (ważne, szczególnie jeśli używacie skórki), pomarańcze, awokado, papryka, banany. Dla fanów nabiału, w regularnej sprzedaży są także certyfikowane sery w plasterkach bez zbędnych dodatków. Asortyment jest ciągle poszerzany.
  5. Rossmann. Od kilku dobrych lat w niemieckiej sieci osiedlowych drogerii rośnie dział ze zdrową żywnością (regały ustawione blisko wyjścia, „na wylocie”;)) Możemy znaleźć tam całą masę certyfikowanych produktów w rozsądnych cenach: kaszę jaglaną, różnego rodzaju przekąski (wafle ryżowe, kukurydziane itp.), mleka roślinne – kokosowe (puszka), owsiane, ryżowe, ryżowe o smaku wanilii, a także orzechy, suszone owoce, szybkie batoniki na bazie daktyli i orzechów oraz wiele innych produktów suchych. Jest także woda kokosowa 100%, co prawda w plastikowej butelce, ale dość solidnie wyglądającej, więc czasem się na nią można skusić (nie trzeba rozbijać kokosa;)). Warto także obserwować promocje, które pojawiają się regularnie jak w zegarku i robić wtedy zapasy.
  6. Lokalny Rolnik. lokalnyrolnik.pl. Lokalne grupy zakupowe produktów pochodzących z gospodarstw ekologicznych. Zamawiasz przez Internet i odbierasz osobiście w punkcie współpracującym z siecią, który jest najbliżej Ciebie. Korzystałam przez pewien czas, ale zdarzyło się, że zamawiałam rybę, która musiała leżeć kilka godzin temperaturze pokojowej (punkt współpracujący nie miał możliwości umieszczenia zamówienia w lodówce). Dla mnie jest kluczowe żeby produkty były świeże, więc polecam raczej do warzyw, które mają większą tolerancję na pobyt poza chłodnią. Dużo zależy tutaj od punktu, w którym odbierasz produkty – warto przetestować ze względu na naprawdę bogaty wybór i w miarę akceptowalne ceny.
  7. Internet. Polecam sklep bio123.pl. Ostatnio kupiłam tu ekologiczną komosę ryżową Bioplanet za 26 zł/kg, czyli ponad dwa razy taniej niż w pozostałych sklepach. Nie wiem, jak długo ten sklep się utrzyma, ale póki co produkty sypkie są w niezwykle konkurencyjnych cenach.
  8. Lokalne sklepy ze zdrową żywnością i zielarnie. Warto nawiązywać kontakty ze sprzedawcami, którzy nierzadko są pasjonatami zdrowej żywności i chętnie dzielą się swoją wiedzą.
  9. Lokalne bazarki i targi. Większość z nas ma niedaleko od domu lokalny „ryneczek” z warzywami, na który nierzadko przybywają rolnicy z własnymi wyrobami. Często możemy znaleźć tam atrakcyjny towar. Osobiście z reguły stosuję metodę „na małego alergika”: podchodzę do rolnika, patrzę głęboko w oczy i mówię:

„Mam małe dziecko, które reaguje alergicznie na środki ochrony roślin. Czy te marchewkę mogłabym mu podać?”

Nie jest to kłamstwo, ani nawet mijanie się z prawdą, bo wszyscy reagujemy źle na te środki: one po prostu nie są jadalne… Użycie argumentu dziecka zawsze działa. Z reguły wtedy się przyznają, co było traktowane chemią, a co nie, co pochodzi z ich gospodarstwa, a co z hurtowni. Prawda jest taka, że bez badań, jak w ekologii, zawsze jest nutka niepewności, ale uważam, że trzeba ufać także ludziom, nie tylko certyfikatom z liściem.

Na co zwracać uwagę kupując BIO? Nie wszystko złoto, co się świeci.

logo1

Nie zawsze BIO oznacza samo zdrowie. Producenci zorientowali się, że pojawiła się grupa nieco bardziej świadomych konsumentów, którzy reagują na produkty z zielonym liściem i utożsamiają go ze „zdrową żywnością”. Niestety, bywają certyfikowane produkty o bardzo przekombinowanych składach, nierzadko zawierające cukier (także może być BIO!), utlenione oleje i środki konserwujące dopuszczone w ekologii… Szczególnie uważajcie na:

  • produkty dla początkujących wegetarian, którzy szukają czegoś, co przypomina kiełbaski 😉
  • deserki owocowe i jogurty smakowe dosładzane cukrem
  • (pseudo)zdrowe słodycze dla dzieci (te czekoladki z brązowym cukrem;) i ciasteczka
  • oleje (nawet w znanych sieciach nie zawsze są odpowiednio przechowywane), a potrafią słono kosztować

Co nie zawsze jem bio?

Owoce i warzywa, które przez cały okres wzrostu mają grubą skórkę, która wiąże zdecydowaną większość środków ochrony roślin: np. bataty, mango, ananasa, awokado hass (w Lidlu chyba się zorientowali, bo eko i nieeko kosztują dokładnie tyle samo). Bywają wyjątki, np. konwencjonalne nektarynki według badań są dość mocno toksyczne. Uwaga także na pestki. Z badań wynika, że sporo toksycznych substancji jest właśnie tam kumulowana. W ziarenkach. Z tego samego względu, zboża lepiej spożywać ekologiczne, a szczególnie jaglankę i gryczaną.

Nie dajmy się zwariować…

Niekiedy jemy w restauracjach i nie badamy przecież za każdym razem składu marchewki. Ogólnie, jeśli chodzi o warzywa, jestem gorącą fanką ich spożywania w dużych ilościach, w ostateczności nawet tych przemysłowych, o zgrozo modyfikowanych genetycznie. Po prostu uważam, że lepiej zjeść porządnie umytą i obraną ze skórki konwencjonalną marchewkę, niż w ogóle nie jeść marchewki ze strachu przed pestycydami. Nawet czasem lepiej zjeść taką marchewkę niż wysoko przetworzony produkt z zielonym certyfikatem zawierający utlenione tłuszcze i masę cukru. Jeśli jednak budżet domowy i dostępność produktów na to pozwala, warto sięgać jak najczęściej po ekologię, szczególnie lokalną – nie tylko ze względu na znacznie mniejszą zawartość toksycznych substancji, ale także znacznie wyższą wartość odżywczą.

Fasolka adzuki z dynią i porem

IMG_8790

Dzisiaj wegetariański przepis na delikatne, lekko rozgrzewające danie wzmacniające nerki i odbudowujące krew. Fasolka adzuki to bogactwo żelaza i wapnia. W dodatku, jak na rośliny strączkowe jest dość lekkostrawna i szybko się gotuje (ok. 40 minut po namoczeniu). Jeśli jeszcze jej nie znacie, zaopatrujcie się czym prędzej, bo warto 🙂

Składniki dla 2-3 osób:

  • 150 g fasolki adzuki
  • 200 g dyni
  • 1 malutki por (biała część)
  • 1 marchewka
  • 1 pietruszka
  • 1 cebulka
  • oliwa
  • sól do smaku, szczypta majeranku, sos sojowy (opcjonalnie, u mnie Tamari), 2 cm świeżego kłącza imbiru, szczypta nasion kopru włoskiego
  • na dodatek: szklanka ugotowanej komosy ryżowej albo kaszy jaglanej

 

Przygotowanie:

  1. Dzień wcześniej przygotowuję fasolkę adzuki:
    1. Namaczam fasolkę na noc razem z glonem kombu.
    2. Odlewam wodę z moczenia fasoli, a do gotowania wlewam świeżą, zimną wodę, nieco powyżej poziomu fasoli.
    3. Gotuję fasolkę, doprowadzając wodę do wrzenia, zmniejszam ogień i zdejmuję pianę, jak „szumy” z rosołu. Zostawiam na gazie aż fasolka będzie praktycznie miękka (ok 40 minut – godzinę), następnie doprawiam majerankiem i solą lub sosem sojowym. Po pół godzinie można sprawdzić, czy nie jest za mało wody.
  2. Kroję warzywa: dynię w grubą kostkę, cebulkę i pora dość drobno, marchewkę i pietruszkę w talarki.
  3. Delikatnie podsmażam na oliwie cebulkę, pora i marchewkę z solą (dla małego dziecka dodaję od razu odrobinę wody do „smażenia”)
  4. Po chwili dodaję także pietruszkę i dynię, chwilę mieszam i zalewam ok 1/2-3/4 szklanki wody, nie za dużo, żeby nie wyszła zupa. Doprawiam koprem włoskim.
  5. Dokładam także ugotowaną fasolkę i gotuję aż dynia zmięknie, pewnie około 15 minut.
  6. Pod koniec gotowania, dodaję utarty imbir.

Serwuję z ugotowaną komosą ryżową.

Smacznego ❤

„Czekoladowy” budyń jaglany z karobem

IMG_8760

Żeby trochę urozmaicić klasyczny budyń jaglany, podzieliłam go na dwie warstwy. Górna jest intensywnie czekoladowa, a dolna przyjmuje smak mleka roślinnego, a jeśli dodacie wanilii… Mmmmm…

Kto nie zna jeszcze karobu, niech prędziutko się zaopatrzy, bo to wyborny i super zdrowy składnik, który z powodzeniem zastępuje czekoladę. Lepiej niż kakao nadaje się dla dzieci, bo nie zawiera kofeiny (nie pobudza), odkwasza organizm (a nie zakwasza, jak kakao), jest naturalnie słodki, więc nie wymaga użycia dodatkowych słodów i na dodatek zawiera sporo łatwo przyswajalnego wapnia.

Brzmi dobrze? 🙂 Do dzieła!

 

Składniki (na 2 średnie porcje):

  • 1 szklanka kaszy jaglanej, najlepiej ugotowanej ze szczyptą kardamonu (przepis tu-jak ugotować kaszę jaglaną?)
  • 1 szklanka mleka roślinnego (akurat miałam owsiane ale może być dowolne, które Wam smakuje)
  • 2 czubate łyżeczki karobu
  • opcja nr 1 (gorąco polecam!): ok. pół laski wanilii do mleka
  • opcja nr 2: miód albo inny zdrowy słód, jeśli potrzebujecie
  • na posypkę: orzechy albo świeże owoce w sezonie

 

Wykonanie:

  1. Mleko roślinne (ewentualnie z odrobiną wanilii, pół laski gdzieś) podgrzewamy do nieco wyższej temperatury niż będziemy docelowo serwować i dodajemy ugotowaną kaszę. Zdejmujemy z gazu.
  2. Blendujemy całość na gładko i nakładamy do szklanek pierwszą warstwę.
  3. Dodajemy 2 łyżeczki karobu i znowu blendujemy albo mieszamy, a następnie nakładamy drugą warstwę.
  4. Dekorujemy, czym akurat chata bogata; ewentuatnie polewamy miodem albo innym względnie zdrowym słodem, jeśli mamy ochotę na mocno słodki deser 🙂