Chlebek gryczany pietruszkowy, bez mąki, drożdży ani zakwasu, gluten-free ;)

IMG_9547 (1)

Nie jestem zwolenniczką zupełnego wykluczania glutenu z diety (chlebek żytni na zakwasie, kasza jęczmienna czy dobry orkisz w miarę regularnie gości na naszych talerzach), ale okresowo, taki bezglutenowy detoks świetnie się sprawdza. Pisałam już wcześniej o chrupiącym chlebku jaglanym. Dziś czas na chleb gryczany.

Nawet jeśli nie masz nietolerancji, czy alergii pokarmowych, chlebek gryczany jest po prostu pyszny i bardzo pożywny, a nie wymaga wiele pracy, dodatku zakwasu ani nawet drożdży. Wymaga jednak chwilę czasu – robi się praktycznie sam, ale trzeba go zaplanować 3 dni wcześniej 🙂

Przepis na chlebek gryczany krąży w Internecie i w wersji podstawowej można go znaleźć  na stronie Joanny Brejeckiej-Pamungkas z Natural Healing http://www.naturalhealing.pl/najprostszy-chleb-bezglutenowy.html.

Niżej, moja wersja, nieco zmodyfikowana, podkręcona smakiem świeżej natki pietruszki i kilku wybornych przypraw.

 

Skład:

  • 2 szklanki kaszy gryczanej niepalnej
  • przyprawy, po szczypcie: kurkumy, kminku, papryki słodkiej, kminu rzymskiego, płaska łyżeczka soli himalajskiej, mikroszczypta pieprzu
  • pęczek natki pietruszki, drobniutko posiekanej (bez łodyg)

 

Wykonanie (zaczynamy wieczorem):

Dzień 1, wieczór: kaszę opłukać, umieścić w misce i zalać sporą ilością wody (minimum 2 razy tyle, co kaszy). Odstawić miskę na noc (minimum 8 godzin). Przez ten czas ziarna chłoną wodę i rozpoczyna się proces kiełkowania. Powinny być rano delikatnie lepkie, a na wierzchu może utworzyć się pianka.

Dzień 2, rano: Jeśli ziarenka wchłonęły całą wodę, dolać tyle, żeby nad ich powierzchnią unosiła się cieniutka warstwa płynu (ok. 2-3 mm wystarczy). Osobiście wymieniam rano całą wodę, ale nie jest to konieczne i pewnie nawet chlebek wyrośnie lepiej jeśli tego nie zrobicie.

Dzień 2, wieczór (tu jest chwila pracy):

  1. Odlać nadmiar wody (jeśli tego nie zrobicie, chlebek wychodzi bardziej mokry). 
  2. Kaszę zmiksować w blenderze na pół gładko (nie na papkę, bo chlebek wygląda mniej apetycznie wtedy).
  3. Dodać posiekaną natkę, przyprawy, pieprz, sól i wymieszać.
  4. Przełożyć masę do uniwersalnej foremki wyścielonej papierem do pieczenia, przykryć ściereczką i pozostawić w zacisznym miejscu na noc. Tu właśnie dzieje się fermentacja – chlebek powinien nieco wyrosnąć 🙂

Dzień 3, rano: foremkę umieścić w piekarniku i nagrzać go do 200 st. C (można włożyć do nagrzanego już też). Piec 50-55 minut.  Wyjąć z foremki i delikatnie oderwać papier, ostudzić.

***

Polecam przechowywać chlebek zawinięty w papier nie dłużej niż dobę w warunkach pokojowych, a w lodówce do 3 dni (może udać się dłużej, to zależy od ilości dodanej soli, przypraw i stopnia wilgotności chlebka i powietrza – naturalnie im mniej przypraw, a więcej wody, tym szybciej trzeba zjeść ;)).

***

Smacznego! Czyż nie wygląda apetycznie taki chlebek? Osobiście często konsumuję go z samym masłem i ogórkiem albo z pastą zawokado, ale można z niego oczywiście przygotować klasyczną kanapkę „na bogato” 🙂

IMG_9542 (1)

Fioletowy gulasz, czyli fasolka adzuki i burak

IMG_9540

Fasolka adzuki świetnie wzmacnia nerki i buduje krew (szczególnie dla kobiet niesamowicie ważna sprawa z wiadomych przyczyn): to kopalnia mikroelementów, przede wszystkim żelaza, którego ma 7 razy więcej niż burak a także wapnia. Jest do tego bardzo delikatna i szybko się gotuje. Z burakami i włoszczyzną smakuje naprawdę bosko. Pasuje jako świetna kolacja, a z dodatkiem kaszy jaglanej polecam ją nawet na obiad.

Jak wiadomo, rośliny strączkowe wymagają pewnego przygotowania przed spożyciem – nie polecam spontanicznie gotować suchej fasolki 🙂 Mimo, że adzuki jest 10 razy bardziej delikatna niż nasz rodzimy jaś, wciąż to fasola. Namaczam ją więc dzień wcześniej, najlepiej z kilkoma kawałkami alg morskich kombu, które dodatkowo znacznie poprawiają strawność strączków i do tego mają masę wartościowych mikroelementów. Tak przygotowaną fasolę serwowałam Nince, gdy jeszcze nie skończyła roczku i nigdy nie bolał jej brzuszek. Oczywiście z wyczuciem trzeba dobierać ilości – na początku dostała 2 fasolki 😉

W tym przepisie używam też sporo przypraw na czele z majerankiem i kminem rzymskim, które także pomagają w strawieniu fasolki i wyciągnięciu z niej tego, co najlepsze. Spróbujcie, a nie pożałujecie. Oryginalnie przepis pochodzi z bloga Maji Sobczak qmamkasze.pl, którego również Wam polecam. Oczywiście nieco go zmieniłam. 😀

Co potrzeba (na ok 3-4  porcje):

  • 4 średnie buraki 
  • 3 marchewki
  • 2 pietruszki (korzeń i nać)
  • 1 nieduży seler
  • 1-2 cebule czerwone
  • 1-2 ząbki czosnku
  • 1 szklanka suchej fasolki  adzuki do namoczenia na noc, najlepiej razem z glonem kombu
  • przyprawy (wszystkiego po szczypcie lub wedle gustu): majeranek, tymianek, rozmaryn, lubczyklisć laurowy, kurkuma, ziarenko ziela angielskiego, oregano, kmin rzymski, pieprz, sól
  • dobry (!) sos sojowy (użyłam Tamari, najlepiej eko, czyli bez GMO i taki, który sprzedawca trzyma w lodówce)
  • olej kokosowy tłoczony na zimno, ewentualnie dodatkowo inny ulubiony olej tłoczony na zimno do podania

 

Przygotowanie (ok. godzina; w tym 30-40 minut gotowania)*:

  1. Kroję cebulę w piórka, a wszystkie warzywa korzeniowe na spore, podłużne kawałki, tak żeby ugotowały się w ciągu 30 minut (marchewkę pewnie nieco drobniej niż resztę).
  2. Stawiam na minimalnym gazie garnek z łyżką oleju kokosowego i podsmażam krótko cebulę z czosnkiem.
  3. Dodaję przyprawy i czekam chwilkę aż zaczną pachnieć, a potem dodaję odcedzoną fasolkę razem z kombu i również chwilę ją podprażam energicznie mieszając.
  4. Odrobinę solę i dorzucam warzywa, chwilę podprażam, zalewam zimną wodą nieco ponad warzywa i gotuję aż warzywa i fasolka będą miękkie.
  5. Na koniec dodaję dodatkową porcję przypraw, wedle potrzeby i łyżkę sosu sojowego. Na talerzu można dodać jeszcze nieco dobrego oleju, tłoczonego na zimno rzecz jasna. Posypuję też całość natką pietruszki.

*Ze względu na podprażanie i sporą ilość fasoli, to jest wersja dla dorosłych i nieco większych maluchów (na pewno nie dla niemowlaków). Gdy Ninka była malutka też robiłam tę potrawę, ale nieco inaczej: fasolę gotowałam oddzielnie z glonem, a gdy była już miękka dodawałam odpowiednią ilość do ugotowanych w wodzie warzyw. Nie dawałam sosu sojowego, a ilość przypraw na początku tyci tyci, coraz więcej z wiekiem dziecka.

A jeśli damy więcej wody, wychodzi pyszna zupa…. 😀 Palce lizać.

IMG_4886

Co mają wspólnego próchnica zębów, osteoporoza i miażdżyca?

Jestem świeżo po lekturze bestsellerowej książki K. Brume „Calcium Paradox”, która w tym roku wyszła nawet w języku polskim i muszę podzielić się bezcennymi i pasjonującymi informacjami w niej zawartymi!

Próchnicę zębów i chorobę sprawiającą, że nasze kości stają coraz bardziej dziurawe jeszcze jakoś można powiązać, ale co ma z tym wspólnego stwardnienie tętnic? Wszystkie powyższe schorzenia to choroby cywilizacyjne, które jeszcze 200 lat temu nie były tak powszechne jak obecnie… Paradoksalnie, mają również wspólną przyczynę: niedobór pewnego kluczowego dla zdrowia składnika odżywczego. Nie, nie chodzi tu o wapń. O tym później. Zacznijmy u źródeł.

Szalone badania dr Westona Price’a

Na początku XX wieku pewien Amerykanin z Ontario, nietuzinkowy dentysta postanowił porzucić intratną praktykę dentystyczną by przemierzyć świat wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu zdrowych ludzi. Razem z żoną odbył podróż dookoła świata odwiedzając najbardziej odległe od jego krańce: od Alaski, przez Afrykę, Australię, Nową Zelandię, Południowy Pacyfik, czy Hybrydy Zewnętrzne (wyizolowany łańcuch wysp na zachodnim wybrzeżu Szkocji), szwajcarskie pasma górskie, andyjskie pustynie Sierra i dżungle peruwiańskiej Amazonii.

Państwo Price odnaleźli grupy ludzi, odciętych od współczesnego świata, którzy cieszyli się doskonałym zdrowiem i imponującym uzębieniem bez szczoteczek i past do zębów. Ubytki tam w ogóle nie występowały! Po latach zaobserwowali, że zdrowie tych ludzi ulegało degeneracji, gdy dosięgała ich cywilizacja. Gdy włączali do diety rafinowaną żywność zapożyczoną ze współczesnego świata: białą mąkę, biały cukier, biały ryż, puszkowaną żywność i rafinowane tłuszcze roślinne ich zdrowie wchodziło na równię pochyłą… Efekty swoich badań spisał w książce „Nutrition and the Physical Degeneration”.

nutrition_and_physical_degeneration

Niesamowite różnice dało się zaobserwować w uzębieniu dzieci poczętych przed i po „ucywilizowaniu”. Dzieci poczęte w rodzinach odciętych od cywilizacji, stosujących tradycyjne zasady odżywiania przekazywane z pokolenia na pokolenie miały naturalnie piękne, równe zęby zaś ich rodzeństwo, które przyszło na świat nieco później, np. po przeprowadzce do miasta, która wiązała się ze zmianą diety nie miały tego szczęścia: ich zęby jakby nie mieściły się w żuchwie, były ściśnięte i wyrastały koślawo. Jednocześnie, te dzieci stały się podatne na nieznane wcześniej infekcje i przejawiały rozmaite problemy behawioralne, wcześniej także zupełnie nieznane (hmmm… czy to możliwe, że dzieci są jeszcze bardziej niegrzeczne przez te białe buły?! ;).

Price zaobserował, że przyczyną drastycznego pogorszenia się stanu zdrowia tych ludzi nie były żadne specyficzne, toksyczne substancje, lecz „the absence of some essential factors”, czyli niedobór pewnych, niezbędnych składników odżywczych. Żeby przetestować swoją teorię zabrał do laboratorium tysiące próbek tradycyjnego jedzenia i porównał je z próbkami współczesnej, amerykańskiej diety.

burger

Odkrył, że tradycyjne diety zawierały co najmniej cztery razy więcej minerałów i witamin rozpuszczalnych w wodzie niż standardowa dieta amerykańska z lat 30. Co ciekawsze, tradycyjna strawa dostarczała ponad 10 razy więcej witamin rozpuszczalnych w tłuszczach niż współczesne, przemysłowe jedzenie. Nazwał je aktywatorami bowiem są niezbędne do tego by zrobić użytek z pozostałych składników  odżywczych. Witaminy A i D, wówczas już dość dobrze poznane, pracują na poziomie komórkowym stymulując DNA do produkcji białek, które transportują pozostałe składniki odżywcze…

Odkrył jeszcze jeden składnik odżywczy, którego nie potrafiła określić ówczesna nauka i nazwał go „activator X”. Odnalazł tę substancję w rybich jajach, żółtkach jaj, gęsiej wątrobie oraz w maśle pochodzącym od krów spożywających szybko rosnącą trawę. Na tej bazie stworzył specjalny olej, który wykorzystał w innowacyjnej „praktyce stomatologicznej”, która nie polegała już na borowaniu i uzupełnianiu ubytków (poza wyjątkowo bolesnymi przypadkami), lecz jedynie na wydawaniu specjalnych zaleceń dietetycznych. Efekty jego pracy z pacjentami były oszałamiające – pomógł setkom ludzi WYLECZYĆ ZĘBY DIETĄ.  Swoją pracę udokumentował zdjęciami rentgenowskimi.

PAINLESS DENTISTRY

Przez lata uczeni próbowali zidentyfikować „activator X”. Dopiero w roku 2007 nazwano go witaminą K2.

Wiemy już, że jest ona syntetyzowana na bazie witaminy K1 w tkankach zwierząt żywionych zielonymi roślinami, występuje ona proporcjonalnie do ilości chlorofilu obecnego w ich diecie. Nieco inna forma K2 powstaje zaś w wyniku fermentacji pewnych szczepów bakterii.

Dlaczego do pełni szczęścia potrzeba współdziałania witamin D i K2?

W olbrzymim skrócie, słoneczna witamina D zwiększa przyswajalność wapnia w jelitach, zaś witamina K2 kieruje wapń tam gdzie, jego miejsce, czyli do tkanki kostnej.

W przypadku niedoborów witaminy K2, przy diecie bogatej w wapń, dość prawdopodobne jest odłożenie nadmiaru wapnia w tkankach miękkich, głównie w tętnicach niestety, co po latach sprowadza się do najpierw do problemów z krążeniem krwi, żylaków i innych pomniejszych dolegliwości, a finalnie prowadzi do chorób serca.

Powiedz wreszcie, gdzie mogę znaleźć K2!

W efekcie procesu ewolucji, człowiek- myśliwy stał się zależny od zewnętrznych źródeł witaminy K2. Śladowe ilości tego składnika wytwarzane są w jelitach na bazie K1, jednak proces ten u ludzi (już od tysięcy lat w ogromnej większości mięsożerców), nie działa tak sprawnie jak u roślinożernych przeżuwaczy. Człowiek produkuje zdecydowanie za mało K2 by siebie wyżywić, a niektórzy mogą jej nie produkować wcale. Zależy to oczywiście od stanu naszego układu pokarmowego, a konkretnie jelit – alergicy i nietolerujący pewnych pokarmów, ergo posiadający słabiej funkcjonujące kosmki jelitowe prawdopodobnie znajdą się w tej drugiej grupie.

W przeciwieństwie do ludzi, przeżuwacze produkują całkiem dużo K2 na bazie K1, jednak potrzeba im do tego zielonej strawy, zawierającej chlorofil.  Jeśli coś nie jest zielone, cholorofilu tam raczej nie znajdziemy. Ergo, mięso, czy masło pochodzące od zwierząt karmionych ziarnem soji czy kukurydzą (standardowa praktyka w na przemysłowych farmach) nie dostarczy nam witaminy K2, bo w ich diecie jest niedobór K1!

Wyjątek stanowią produkty fermentacji konkretnych szczepów bakterii: japońskie natto (sfermentowana soja) i sery żółte, szczególnie Gouda i francuski brie, gdzie obecna jest inna forma witaminy K2, syntetyzowana bez udziału chlorofilu. Działają tu specyficzne szczepy – jednak nie każdy ser żółty wyprodukowano z ich udziałem.

cheeses-389687_1920

Większość źródeł K2 jest odzwierzęcych – jedyny wyjątek i ratunek dla wegan to natto, czyli sfermentowana soja. Podobno nic smacznego, ale walory odżywcze na poziomie superfood.

Poniżej wybrane, zewnętrzne źródła K2 (100 g)/ mikrogramów

Natto – 1103,4

Gęsia wątróbka – 369

Twarde sery (duńska Gouda) – 76,3

Miękkie sery (francuski brie) – 56,5

Żółtko jaja (Holandia) – 32,1

Gęsia noga – 31

Żółtko jaja (USA) – 15,5

Masło – 15

Wątróbka kurczęca surowa – 14,1

Wątróbka kurczęca usmażona – 12,6

Cheddar – 10,2

Pierś z kurczaka – 8,9

Pełnotłuste mleko – 1

Łosoś z Alaski – 0,5

Chude mleko – 0

No to chyba wyżej mamy odpowiedź na pytanie, dlaczego Francuzi, Włosi i Grecy jedząc tłusto rzadziej zapadają na choroby serca niż reszta Europy. Niestety, kochane, w naszym cudnym kraju mamy nieco inny klimat i codzienna konsumpcja serów w dużych ilościach jest raczej niezalecana. Jak pisałam wyżej, do pełni szczęścia potrzebne jest słoneczko. Kraje basenu Morza Śródziemnego cieszą się przez większość roku dostępem do świeżych ziół, warzyw i owoców, które wspaniale równoważą na pozór ciężkostrawną dietę.

A to słynny francuski pasztet z kaczej wątróbki… Dla koneserów raczej 😉

i-canardie-foie-gras-kacza-watrobka-w-calosci-130g

Suplementacja. Brać czy nie brać, oto jest pytanie. Ile brać?

W naszym kraju wszyscy powinniśmy suplementować D3 + K2 (w formie menachion 7, który jest dłużej metabolizowany) przynajmniej w sezonie jesień-zima-lato, gdy ekspozycja słoneczna jest bardzo niska. A kto spędza w szklanym biurowcu 8h dziennie i wychodzi tylko na półgodzinny spacer w garniturze raczej nie dostarczy sobie wystarczającej ilości witaminy D3 nawet latem. Jeśli zatem nie biegamy w negliżu w miejskiej dżungli, nie zaszkodzi suplementacja przez cały rok. Nauka nie zna przypadków przedawkowania  K2. Inaczej jest z D3, więc warto przebadać sobie poziom (na przykład po egzotycznej podróży dookoła świata), ale w naszym kraju powszechny jest raczej niedobór…

A jeśli jesteś weganką i nie spożywasz natto, na bank powinnaś suplementować K2.

Ile brać to już indywidualna sprawa. Według dr Kate Rhéaume-Bleue terapeutyczna dawka witaminy K2 w formie menachion-7 dla dorosłej osoby to ok 120 mg dziennie, czyli tyle ile mieści się w około 180 g dobrej jakości sera gouda. Ja aż tyle nie jem codziennie. Jeśli jednak Ty często spożywasz fermentowany nabiał i dobrze go tolerujesz, być może tak wysoka dawka nie jest Ci potrzebna. Co prawda, według obecnych badań K2 nie da się przedawkować, jednak po co wydawać pieniądze na suplementację, która jest zbędna? Oczywiście nie jestem lekarzem a informacje zawarte w tym artykule to tylko moja prywatna opinia i wnioski. Każdy przypadek jest indywidualny, więc najlepiej skonsultuj suplementację z dobrym lekarzem lub naturoterapeutą.

Wnioski

  1. Jesteśmy bardziej narażeni na ubytek masy kostnej jesienią i zimą (niedobór ekspozycji na słońce i dodatkowo niedobór K2 w żywności spowodowany brakiem trawy i innej zieleniny).
  2. Czas odbudowy kości to wiosna i lato – dzięki energii słonecznej i większej ilości chlorofilu w diecie, wtedy możemy sobie pozwolić na spożywanie nieco większej ilości nabiału. Dzięki zieleninie, którą spożywamy wtedy w większych ilościach, zostanie on lepiej strawiony, a wapń tam obecny zostanie świetnie zagospodarowany dzięki synergii K2-D3 i trafi do kości.
  3. Ser gouda (prawdziwy, a nie produkt seropodobny) może stanowić świetne uzupełnienie nie tylko wapnia, ale także witaminy K2, jednak nie powinno to być jedyne źródło (w naszym klimacie, w zrównoważonej diecie, zaleca się ich spożywanie max 2-3 razy w tygodniu).
  4. Warto spożywać produkty odzwierzęce hodowane tradycyjnie na łące. Szczególnie latem, gdy zwierzęta cieszą się świeżą trawą i słońcem, masło, jaja, mięso i podroby (wątróbka!) zawierają znaczące ilości K2.
  5. Jeśli mieszkasz w Polsce i nie spożywasz codziennie odpowiednich ilości produktów bogatych w K2, rozważ dobry suplement D3+K2, ta ostatnia najlepiej w formie menachion-7.

Ciacho marchewkowe, gluten-free

IMG_9538

Tytułowe ciacho spotkało się nawet z aprobatą Michała, który jest bardzo wybredny jeśli chodzi o ciasta, nawet te niezdrowe 😉  Naturalnie nie dodaję tu ani grama cukru, ale użyłam oprócz marchewki naturalnie słodkiej mąki kokosowej oraz sporej porcji daktyli i nieco rodzynek. Dodałam nawet ciut soku z cytryny dla przełamania smaku 🙂

W wersji jeszcze bardziej wypasionej, można pokusić się o zrobienie do tego ciasta polewy, alej jest naprawdę pyszne w swojej prostocie z kokosowo-imbirową nutką.

 

Składniki:

  • 2 jaja
  • 8-10 daktyli (używam świeżych, ale mogą być suszone, wtedy dobrze je namoczyć ok 20 min)
  • 3 łyżki rodzynek (namoczyć 20 min)
  • 300 g marchewki
  • 3-4 łyżki rozpuszczonego oleju kokosowego ekstra virgin
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 1/2 szklanki mąki kokosowej, 1/3 szklanki mąki kukurydzianej, 1/3 szklanki mąki amarantusowej (kokosowa musi być, pozostałe możecie zmienić wedle upodobań)
  • 50 g wiórków kokosowych
  • 50 g posiekanych orzechów (u mnie włoskie lub nerkowce i do tego jeszcze migdały)
  • przyprawy: po szczypcie kurkumy, cynamonu i 1/4 kciuka świeżego, startego imbiru, sól
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej i opcjonalnie 1/2 łyżeczki kamienia winnego (eko-proszek do pieczenia, nie zawiera fosforanów – możecie nie dawać, najwyżej ciasto będzie nieco mniej wyrośnięte 😉

 

Wykonanie:

  1. Namaczam rodzynki  w niewielkiej ilości wrzątku (daktyle podobnie, jeśli są suszone)
  2. Rozpuszczam olej kokosowy w małym garnuszku na niewielkim gazie (wystarczy chwilkę podgrzać – olej kokosowy staje się płynny już w temp. pokojowej).
  3. Marchew ścieram na grubej tarce i miksuję razem z daktylami (używam do tego blednera ręcznego, ale każda maszynka da radę).
  4. Dodaję do masy jaja, namoczone rodzynki razem z tą odrobiną wody, w której się moczyły (pewnie z 1/3 szklanki) i starty imbir.
  5. Łączę składniki suche: mąkę, wiórki, posiekane orzechy (zostawiam trochę migdałów do dekoracji na górę), sodę, proszek dopieczenia i przyprawy.
  6. Składniki suche wsypuje do mokrych i mieszam aż cała mąka zrobi się wilgotna. Jeśli okaże się, że ciasto jest zbyt suche (np. stara marchewka, można dodać odrobinę wody),
  7. Przekładam masę do formy wyłożonej papierem do pieczenia i wstawiam do piekarnika nagrzanego do 150 st. C w sumie na 1 godzinę, ale najpierw zostawiam na 45 minut, posypuję resztką posiekanych migdałów i zostawiam jeszcze na 15 minut. Wyłączam piekarnik, wyciągam ciacho i czekam aż przestygnie na tyle żeby móc zatopić w nim zęby 🙂

Smacznego!

Jaglanka z dynią i szpinakiem

IMG_9530

Tym razem coś konkretnego, smacznego i prostego zarazem. Potrawa 25-minutowa. Może być śniadaniem, obiadem, a nawet kolacją; zasobna w wapń, masę witamin i do tego wzmacniająca śledzionę, która jest fundamentem naszej odporności. Do dzieła!

To ultraproste danie wymyśliliśmy razem z Michałem wieczorem na śniadanie i to mój mąż je po raz pierwszy wykonał! Jako mistrz porannej optymalizacji czasu przygotował sobie cebulkę i czosnek pokrojone już poprzedniego wieczoru. Świetny pomysł. Mistrz.

Co potrzeba na 2,5 porcji:

  • 1,-5 – 2 kubki ugotowanej kaszy jaglanej (dostosujcie ilość do swoich możliwości i pory dnia – to propozycja dość syta 🙂 kto nie wie jeszcze jak ją ugotować, zapraszam tutaj: jak ugotować kaszę jaglaną
  • kilka garści dyni pokrojonej w kostkę (używam Hokkaido, nie wymaga obierania, wiosną co prawda pochodzi z drugiej półkuli, ale cóż)
  • kilka garści szpinaku (dla dziecka radzę dość drobno pokroić, ale same wiecie jak Wasze maluchy lubią spożywać zieleninę
  • 1 cebula, 1 ząbek czosnku
  • garść pestek dyni
  • łyżka masła klarowanego lub oleju kokosowego do zeszklenia cebulki
  • przyprawy: po szczypcie, papryka słodka i gałka muszkatołowa, opcjonalnie odrobina pieprzu i sól do smaku
  • opcjonalnie dobry olej tłoczony na zimno, np. lniany do polania

Wykonanie:

  1. Rozgrzać masło w rondlu i zeszklić cebulkę z czosnkiem.
  2. Po minutce, dwóch podlać rondel odrobiną wrzątku (1/3 szklanki gdzieś, zależy jak duży macie rondel, chodzi o to żeby dalej już nie smażyć tylko delikatnie dusić).
  3. Dodać dynię i posypać przyprawami. Zostawić na niedużym ogniu pod przykryciem aż dynia zmięknie (zależnie od gatunku i wielkości kostek, u nas ok. 10 minut wyszło).
  4. W tym czasie umyć, osuszyć i pokroić szpinak, jak lubimy. Dodajemy go razem z pestkami dyni, gdy dynia już jest gotowa. Dusimy aż troszkę oklapnie, około minutki, najlepiej mieszając.
  5. Serwujemy z ulubionym dodatkiem skrobiowym, u nas z kaszą jaglaną, ewentualnie polewamy na talerzu ulubionym olejem 🙂

Smacznego!

Domowa ” nutella” w wersji raw: 5-ciominutowa :)

IMG_8956

Każdy łobuziak lubi kanapeczki z nutellą… Niestety ta sklepowa nie nadaje się do spożycia dla ludzi (sorry, cukier na pierwszym miejscu w składzie to strzał w kolano). Smaczna, odżywcza i zdrowa alternatywa dla zakwaszającej, będącej pożywką dla bakterii klasycznej nutelii to masełko na bazie awokado i karobu (już pisałam o tym magicznym składniku przy okazji budyniu jaglanego).

Żeby masełko było jeszcze bardziej pożywne, można dołożyć zmielone migdały orzechy nerkowca, czy odrobinę pasty tahini z prażonych ziaren sezamu, ale nie jest to konieczne. Z reguły przyrządzam takie masełko „w pędzie” moment przed wyjściem na spacer albo jako przekąskę na imprezę. Zwkle od razu przygotowuję je w małym pojemniczku, który nadaje się do zabrania w drogę 🙂

Według tradycyjnej medycyny chińskiej, awokado ma naturę chłodzącą, więc w chłodniejsze dni polecam dodać szczyptę korzennej przyprawy do masła z awokado. Do wersji na słodko, warto dodać zatem niewielką szczyptę kardamonu lub cynamonu.

Dzieci przyzwyczajone do intensywnego słodkiego smaku przemysłowej nutelli mogą kręcić nosem na taki przysmak – radziłabym dodać na początek jakiegoś względnie zdrowego słodu (np. miodu, syropu klonowego albo z agawy) i potem stopniowo zmniejszać ten dodatek.

 

Skład:

1 duże, dojrzałe awokado, najlepiej Hass (z chropowatą skórką)

3 łyżeczki karobu

opcje dodatkowe: zmielone bakalie, kardamon, cynamon, ewentualnie odrobina syropu klonowego albo miodu dla wielbicieli intensywnego słodkiego smaku.

 

Wykonanie:

Rozmieszać widelcem awokado z karobem.

I już! Voila! Tylko smarować albo wyjadać ze słoiczka.

Smacznego!

Wilgotne brownie z buraka. Bez mąki i sody.

IMG_8997

Kochacie czekoladę? Lubicie buraczki? To od zawsze jedne z moich ulubionych warzyw i do tego świetnie nadają się na ciasto 🙂 Przyznaję, że nie przepadam za „obrabianiem” buraków – są „skomplikowane” – długo się gotują, przy obieraniu trzeba uważać żeby nie zrobić sobie kleksów na kreacji itp… Ale ich słodycz i wartości odżywcze (regenerują jelita cudownie i odkwaszają!) rekompensują po wielokroć włożony trud! 😀

Po prawie dwóch latach detoksu na zdrowej diecie jestem już na etapie, że zupełnie nie ciągnie mnie do standardowych, suto słodzonych ciast (kolonia drożdżaków została zdziesiątkowana i została tylko garstka zaprzyjaźnionych ;)) Czasem nachodzi mnie jednak ochota na brownie. Ciemna czekolada wciąż jest moją słabością, choć wiem, że w dużych ilościach mi nie służy. Tak już jest, że często euforię budzi u nas pokarm, który albo nam szkodzi albo jest dla nas zbawienny. Cała sztuka rozpoznać, który jest który… 🙂

Ten przepis zaimprowizowałam nie mając nawet mleka roślinnego, a jedynie wiórki kokosowe pozostałe po robieniu ekspresowego mleka kokosowego do śniadania poprzedniego dnia… Da się.

Dziś przedstawiam Wam wilgotne brownie bazujące na buraczkach, jaglance, odpadzie z mleka kokosowego z karobem i dodatkiem odrobiny prawdziwej czekolady. Skład ciasta jest przerażająco zdrowy, ale wyszło naprawdę pyszne. Słodycz jest z buraczków, karobu, kaszy, wiórków i rodzynek.  Jeśli wydaje Wam się jeszcze za mało słodkie, można dołożyć kilka namoczonych daktyli. Wtedy to już będzie ciasto obłędne.

Skład, na jakies 5-6 duuuużych porcji: 

  • 400 g buraków (miałam 6 małych, szybciej się gotują)
  • kubek ugotowanej kaszy jaglanej (–>jak ugotować kaszę jaglaną?)
  • 3/4 szklanki wiórków kokosowych pozostałych po robieniu mleka (miałam w lodówce, bo dzień wcześniej robiłam mleko do śniadania: szklankę suchych wiórków zalałam wrzątkiem, zostawiłam na parę minut, zblendowałam i odcedziłam na drobnym sicie)
  • 40 g rodzynek
  • opcjonalnie: kilka daktyli
  • 30 g pestek słonecznika (akurat miałam mieszankę słonecznika, dyni i orzeszków pinii z Rossmanna, ale tam jest głównie słonecznik)
  • 30 g gorzkiej czekolady, czyli gdzieś 5 małych kostek (optymalnie bez cukru, tylko z xylitolem, ja miałam Lindta 85% cocoa z odrobiną cukru demerara z wanilią Bourbon, tam są duże, płaskie kostki, dałam gdzieś 3, szaleństwo ;))
  • 5-6 łyżeczek karobu
  • 2 jaja (albo 2 łyżki zmielonego siemienia lnianego, sprawdziłam też się trzyma, ale naturalnie ciasto nieco bardziej suche wychodzi, więc trzeba nieco więcej wody albo odrobinę jogurtu dodać)
  • 1-2 łyżki oleju kokosowego
  • przyprawy, po szczypcie: kurkuma, cynamon, kardamon; jeśli macie świeży rozmaryn byłby świetny też na posypkę razem z orzechami
  • na posypkę: 2 garście orzechów włoskich

 

Wykonianie:

  1. Ugotowałam nieduże buraki na tyle, ze widelec wchodził bez wysiłku (w szybkowarze ok. 40 minut, normalnie pewnie dwa razy dłużej). Alternatywnie można też obrać surowe buraki i zetrzeć na bardzo drobnej tarce, jeśli ktoś woli taką obróbkę buraków.
  2. Rodzynki przelałam wrzątkiem, odlałam wodę i zalałam świeżą. Odstawiłam na 20 min żeby wciągnęły trochę płynu.
  3. Gdy buraki ostygły, obrałam je ze skórki, pokroiłam na ćwiartki i zblendowałam robotem.
  4. Dodałam kaszę, rozpuszczony olej, jajakarob oraz przyprawy i ponownie zblendowałam na gładko. Dodałam na tym etapie wodę z moczenia rodzynek żeby ułatwić robotowi pracę.
  5. Rozkruszyłam czekoladę na malutkie kosteczki i wmieszałam łyżką razem z rodzynkami.
  6. Przełożyłam masę do formy wysmarowanej olejem kokosowym i wstawiłam do piekarnika nagrzanego do 180 st C na 40 min.
  7. Jakieś 5 minut przed końcem pieczenia dodałam na posypkę posiekane orzechy włoskie.
  8. Zostawiłam ciasto w piekarniku do wystygnięcia (wyszłam w międzyczasie na spacer i wróciłam po 2h :)).

Wybornego dnia ❤